Kategoria: Zdrowe warzywa

Sałata dla wszystkich

W przeciwieństwie do szpinaku, sałata służy każdemu (chyba, że są jakieś przeciwwskazania lekarskie). Wprawdzie Francuzi uważają, że należy do roślin, posiadających właściwości antyafrodyzjakowe, czyli działające uspokajająco na „namiętności i żądze zmysłowe”, ale i ońi bardzo ją polecają, jako „źródło zdrowia”. 100 g sałaty dostarcza tylko ok. 14 kcal (59 kJ). Jest ona zasadotwórcza ( + 7). Ma od 134 do 300 mg% potasu, trochę manganu (0,28—1 mg%), magnezu (7 mg%), żelaza, miedzi, fosforu, nieco siarki i całe mnóstwo różnych witamin, łącznie z rzadko występującymi, jak witamina E (na młodość), B6 (ułatwiająca chudnięcie), P (wzmacnia-jąca naczyńka włosowate, czyli chroniąca przed powstawaniem sińców) i PP (rozszerzająca naczynia krwionośne). Wprawdzie tych wszystkich składników ma niewiele, tylko po trochu. Sałatę powinno się jadać nie tylko codziennie, od wiosny do żimy, ale po kilka razy dziennie, tak jak to nauczyli się robić Amerykanie. U nich żadna kanapka (sandwicz) nie obejdzie się bez zielonego listka. Na liściach sałaty podaje się surówki, sałatki, jajka, wędliny itd. I ta dekoracja jest zawsze zjadanal Jedno z naj-tańszych w Ameryce dań, które kupuje się prosto z samochodu i zjada nie wysiadając, chicken in basket (dosłownie: kurczak w koszyku) składa się z połówki pieczonego kurczęcia, kilkunastu frytek, przekrajanego ną pół pomidora i 1—2 liści sałaty.
Sałata amerykańska, zwana też kruchą, znalazła i u nas wielu amatorów, którzy uważają, że jest smaczniejsza od majowej, zielonej głowiastej. Prawdę mówiąc, jedna i druga są bardzo smaczne. Różnią się tylko porą zbioru. Majowa jest odmianą wczesną, a kruche — są odmianami późniejszymi.
Głąbik krakowski, czyli sałata łodygowa lub szparagowa. Mimo że to też sałata, ale jak sama nazwa wskazuje, jada się nie tylko liście, ale i łodygi. Pbczątkowo głąbik wytwarza rozetę liści, która dość szybko wybija w pędy. W dolnej części są ooe stosunkowo grube, mięsiste i soczyste, w górnej rozgałęziają się i zakwitają. Jada się te dolne części pędów, gdy nie są zdrewniałe, a więc jeszcze przed kwitnieniem. Od wysiewu do zbioru upływa 10 do 14 tygodni. Do niedawna uprawiano tę roślinę dość powszechnie pod Krakowem, skąd jedna z jej nazw, potem zapomniano o niej, aby znów powoli stawała się modna, jako „warzywo mało znane”.
Kawałki łodyg głąbika jada się na surowo, obciągnięte ze skórki, jak rabarbar, pokrajane w talarki i polane sosem winegret, majonezem iłp. Można je też kisić i używać jak ogórków. Z młodych wąskich listków rozety można też sporządzać sałatę jak zwykłą majową lub kruchą.
Głąbiki na surowo są równie wartościowym warzywem, jak inne sałaty, a kiszone będą na pewno zdrowsze od ogórków i niemniej smaczne.
Sałata szparagowa jest bardzo popularna w Chinach i w USA, gdzie nazywa się Garden Lettuce (po łacinie — Lacłuca sativa L.War. augusfana Irish). Jak wszystkie sałaty, jest rośliną dwuletnią, o wysokości 30 cm do 1 m. Można ją wysiewać wprost do gruntu lub wysadzać rozsadę co 2 tygodnie, od kwietnia. Ma mniejsze wymagania glebowe od sałaty, gdyż głębiej się ukorzenia.
Endywia nie należy wprawdzie botanicznie do rodziny sałat, ale raczej do cykorii (zresztą łacińska jej nazwa brzmi Cichorium endivia). Z wyglądu jednak i sposobu użytkowania jest jedną z sałat. Nawet się ją nieraz nazywa — wprawdzie niesłusznie — „sałatą rzymską”. Liście jej tworzą rozetę, nie zwijającą się w główki, przy czym mogą być gładkie lub kędzierzawe, całobrzegie lub powycinane, o barwie od ciemnozielonej do prawie żółtozielonej.

Szpinak — cenny czy nie?

 

Czy szpinak jada się na surowo? Raczej nie. Ale gdy zręczne gospodynie chcą uzyskać nieco zielonego barwnika do zabarwienia „marcepanowego” listka róży dekorującej tort, to wyciskają „soczek” ze świeżych liści tego warzywa. Są one bowiem bardzo bogate w zielony chlorofil, który — jak wiadomo — jest niejako roślinnym odpowiednikiem naszej czerwonej hemoglobiny.
Szpinak jest bardzo bogaty w witaminy i związki mineralne. Zawiera je prawie wszystkie: witaminę C, A, E i K, a także grupy B, wiele makro- i mikroelementów, m. in. wyjątkowo dużo jodu nawet trochę manganu, ale przede wszystkim jest pełny żelaza. Ma go od 3 do nawet 50 mg% — jak chcą niektóre źródła amerykańskie. Ale okazało się niestety, że żelazo to jest bardzo słabo przyswajalne. Ponadto szpinak ma jeszcze jedną wadę: jest zasobny w kwas szczawiowy i to bardziej niż szczaw czy rabarbar, bo zawiera go ok. 3 g w 1 kg, a związek ten wielu osobom wprost szkodzi.
Chorują bowiem na żołądek, dokuczają im kłucia w stawach (wywołane osadzającymi się nierozpuszczalnymi kryształkami szczawianu wapnia) albo odczuwają jeszcze inne dolegliwości. Nie wolno więc jadać niczego, co zawiera większe ilości kwasu szczawiowego, tym którzy mają skłonność do artretyzmu, reumatyzmu, do chorób nerkowych, niektórym „wątro- biarzom” i osobnikom z „delikatnym żołądkiem”. Niemniej mogą i powinni
jadać szpinak wszyscy zdrowi, nieczuli na kwas szczawiowy, a zwłaszcza młodzi. Miska tego doskonałego warzywa, przyprawionego czosnkiem i mlekiem (wapń) nie tylko im nie zaszkodzi, ale doda zdrowia.
Amerykanki nie „męczą” tak szpinaku, jak polskie gospodynie. Tzn. nie przecierają go, nie mielą ani nie siekają. Wkładają umyte liście do nagrzanego na ogniu pustego rondla, ogrzewają pod przykryciem, po 1—2 minutach mieszają, dodają troszkę soli i znów duszą pod przykryciem.
Po upływie następnych 1—2 min. liście są jakby zaparzone. Wtedy wyjmuje się je na talerz i przyprawia surowym masłem oraz ewentualnie zmiażdżonym ząbkiem czosnku. Przy takim przyrządzaniu szpinak pozostaje rzeczywiście „jak świeży”. Tzw. termiczna obróbka trwa najwyżej 4 minuty, czyli liście nie zdążą stracić barwnika i składników odżywczych.
Jeśli mówimy o szpinaku, to trzeba choć wspomnieć o nie bardzo u nas znanym, ale propagowanym szpinaku nowozelandzkim. Rzeczywiście pochodzi z Nowej Zelandii, Tasmanii i Australii. Przywieziono go do Europy w XVII w. Pojawia się w handlu, gdy kończy się sezon szpinaku liściastego, bo roślina zaczyna wybijać w pędy kwiatowe i jeszcze zwiększa zawartość kwasu szczawiowego. Podobnie bogaty jest w witaminy i składniki mineralne oraz — niestety — również w kwas szczawiowy. Czyli znowu nie nadaje się dla wszystkich, a te osoby, które go dobrze znoszą, powinny uzupełniać dietę wapniem, np. z mleka, sera, twarogu itd.
Szpinak nowozelandzki w uprawie jest jednoroczny, ale dziki bywa i rośliną wieloletnią. Ma długie do 1 m łodygi, na których jest pełno mięsistych, trójkątnych liści (w najszerszym miejscu miewają do 8 cm), z których górne są mniejsze i bardziej wydłużone. W kątach liści pojawiają się kwiatki, które nie przeszkadzają w kulinarnym użytkowaniu rośliny.
Wymagania uprawowe szpinak nowozelandzki ma podobne do ogórków. Dość trudno się przyjmuje, dlatego zwykle rozsadę sadzonkuje się w doniczkach lub pojemniczkach po kefirze z przedziurawionym dnem. Lekkie przymrozki nie niszczą go, najwyżej nieco pogarszają smak. Dla jednej rodziny wystarcza 6—8 roślin. Można go też wysiewać wprost do gruntu jak fasolę.
Zbiera się plon kilkakrotnie od drugiej połowy czerwca do przymrozków, ścinając (zwykle raz na tydzień) czubki pędów o długości 8 cm i znajdujące się poniżej młode liście. Po takim cięciu szpinak rozgałęzia się i daje znowu obfity plon.
Szpinak ten jada się gotowany, obrywa się listki z łodyg, płucze i przyrządza potrawę jak z boćwiny, portulaki, lebiody, szpinaku i szczawiu.

Koperek

Nie sposób tutaj o nim nie wspomnieć, choć już o nasionach kopru, a także nieco o całej roślinie, pisaliśmy poprzednio. W nasionach kopru jest 12 mg żelaza, czyli ilość ogromna. Zielona roślinka ma go o wiele mniej, bo 0,5 mg% (według polskich danych) a magnezu nie zawiera wcale. Wysoka zasadowość ( + 18) dotyczy też nasion, a jaki odczyn ma zielona nać, ani polskie, ani inne dostępne źródła nie podają. Zadziwiająco duża jest natomiast ich wartość witaminowa.
W kuchni koperek jest wprost skarbem — ma ogromne zastosowanie. Doskonały będzie wymieszany z twarożkiem lub twarogiem ewentualnie z dodatkiem śmietany, soli i cukru. Świetne są sosy koperkowe, nadające się do rozmaitych dań, np. jaj na twardo, ryb gotowanych lub duszonych, białego mięsa, ziemniaków, kalarepki duszonej itp. Ta bardzo aromatyczna przyprawa nieoceniona jest i jako młoda zieleniaka, i dojrzałe ziele, bez którego nie mogą się obyć np. kiszone ogórki, cukinia i inne warzywa.

Szczypiorek do chleba

Jest może „najpraktyczniejszą” zieleniną. Dostępny niemal przez cały rok, smaczny i niekłopotliwy. Umyje się pęczek, posieka, umoczy w nim kromkę chleba z masłem i już mamy smaczną i zdrową kanapkę. Ciekawe jest to, że delikatne listki szczypiorku zawierają sporo białka, bo prawie 4%. Ma on tylko jedną wadę. Jak wszystkie cebulowe — przykro pachnie.
I dlatego nie powinno się np. dawać dzieciom do szkoły chleba ze szczy- piórkiem na drugie śniadanie. Nie zjedzą, bo będą się bały drwin kolegów. Co prawda skropienie kwaskiem, np. cytryną, bardzo łagodzi te wonie. Ale na kolację można już szczypiorku rodzinie nie żałować, nawet nie zakwaszając go niczym. Wchodzi on ponadto w skład różnych sałatek i farszów, jest np. podstawowym dodatkiem do „jaj faszerowanych po polsku”.

Nie tylko o natce

W przeciwieństwie do rzeżuchy, zielonej natki pietruszki chyba nie można przedawkować. Znam osobę, która zjadała po 3 pęczki codziennie przez kilka tygodni — jako kurację antyanemiczną — i nie tylko wyleczyła się z anemii, ale tak polubiła „to lekarstwo”, że i potem jadała go bardzo wiele. A jeśli chodzi o „uboczne skutki z nadmiaru”, to były tylko pozytywne: uregulowany żołądek, czysta, „alabastrowa” cera z rumieńcem, nie- odczuwanie zmęczenia, dobry humor itp.
Według różnych źródeł i zależnie od warunków środowiska natka pietruszki potrafi dostarczać w 100 g od 3 do aż 19 mg żelaza (wg polskich norm — 5 mg) i to stosunkowo łatwo przyswajalnego. Jeśli dorosły człowiek potrzebuje dziennie 12—15 mg tego pierwiastka (norma), to 10 dag natki nieraz może tę potrzebę zaspokoić.
O pietruszce mówią żywieniowcy, że jest „pierwszym po mleku — najzdrowszym pokarmem świata” i że to jeden z najcenniejszych produktów spożywczych, jakimi obdarzyła nas natura. Kiedyś medycyna ludowa leczyła nią anemię. A i dziś bywa, że leki z żelazem nie pomagają, bo ich organizm nie przyswaja, a natka, ale w dużych ilościach, może dać pożądany skutek. Ma ona również mnóstwo innych skarbów. Na przykład: 193 mg% wapnia, 19,3 mg% magnezu (korzeń — 27,3 mg%) i aż 695 do 900 mg% potasu. Jest bardzo bogata w witaminę A (11,204 j.m. w 100 g) i w witaminę C (177,7 mg%), ma też trochę witamin grupy B, a nawet nieco D i K.
Do zup, ziemniaków i prawie wszystkich drugich dań trzeba ją dodawać konieczrlie! Zdobi i jakże wzbogaca w witaminy i składniki mineralne. Cytryna — przypomnijmy — w soku dostarcza 30 mg% witaminy C (w soku z miąższem — 70 mg%), a w 100 g natki jest tej witaminy niemal 6 razy więcej. Naturalnie, jak zawsze, trzeba brać poprawkę na różnice w zawartości tego składnika. Niemieckie źródła np. podają wartość 190 mg%, a ame-rykańskie — 200 mg%.
Dzięki tym wszystkim skarbom, które pietruszka zawiera w liściach, polecało się ją i poleca nadal przy rozmaitych schorzeniach. Przeciw kurzej ślepocie, profilaktycznie dla tych wszystkich, którzy jeżdżą nocą (kierowcy, lotnicy), gdyż dzięki witaminie A polepsza się widzenie. Ponadto osobom anemicznym, przepracowanym i ludziom starszym, gdyż poprawia krążenie. Dobra jest właściwie dla wszystkich — bo żadnych przeciwwskazań nie ma. (Chyba, że lekarz zleci inaczej).
Obecnie najmodniejsza w świecie i u nas jest pietruszka naciowa. Może i dlatego, że uznano ją jako jeden z afrodyzjaków. Korzeń ma zdrewniały (nie nadaje się do użytku kuchennego), ale za to okazały pęk liści (od 40 do 100 sztuk). Ciekawe, że właśnie ona jest najbardziej zbliżona do formy dzikiej pietruszki. Liście ma zwykle kędzierzawe, rzadziej gładkie i zawsze silnie pachnące. Wśród wielu odmian, najbardziej poszukiwana jest pietruszka naciowo-paprociolistna, o liściach skróconych, blaszkach drobniutko podzielonych i karbowanych brzegach. Dalej: „Non plus ultra”, która ma listeczki skręcone w rurki i bardzo krótkie ogonki liściowe lub „Paramount”, z długimi, grubymi ogonkami i szalenie pokędzierzawionymi dużymi liśćmi. Jest bardzo aromatyczna, plenna, smaczna. Zimuje w gruncie, a wiosną wcześnie się zieleni.
Rodzaj botaniczny pietruszka (Pefrosel/num sativum) pochodzi z Europy południowej oraz Afryki północnej, ale i u nas można ją spotkać w dzikim stanie. Obecnie uważa się, że jej pierwotną ojczyzną była Sardynia. Starożytni Grecy znali pietruszkę, ale nie używali jej w kuchni, a jedynie jako roślinę leczniczą. Na biesiady np. brali z sobą całą zieloną część rośliny, by wić z niej wieńce na głowę. Herkules też wieńczył głowę pietruszką, a Anakreon uważał ją za symbol przyjaźni i odświętności.
W średniowieczu wierzono, że każde nasienie pietruszki wędruje 7 razy do diabła i z powrotem, zanim zacznie kiełkować, i dlatego proces ten tak długo trwa. Nie wolno oglądać nasion w glebie, zanim zaczną się zielenić. Znano nawet zaklęcie, które trzeba było wymruczeć wraz z imieniem ofiary, trzymając gałązkę pietruszki, a śmierć nastąpi w kilka dni później. Jak to dobrze, że dziś nie znamy tego zaklęcia, bo co by to człowiek mógł narobić w złości!
Karol Wielki miał pietruszkę w swoich ogrodach. Sw. Hildegarda z Bin- gen (XIII w.) dawała ją chorym, jako lek na rozmaite schorzenia, ale znaleziono już z 1563 r. wzmiankę pisaną (Matthiolus), że korzeń, zarówno jak ziele jest dobry do spożycia, jako dodatek do wszystkich potraw i korzystnie działają na żołądek.
Przy ogromnych zaletach naci, trochę się zaniedbało ostatnio korzenie. A przecież należą one do „ziół leczniczych”. Znaleziono w nich związki śluzowe, kwasy organiczne, inozytol, 0,5% soli mineralnych, olejek lotny, glikozyd flawonowy apiinę, a w tymże olejku — apiol. Dzięki tym składnikom korzenie pietruszki mają wpływ pobudzający na drogi moczowe, czyli są moczopędne, a ponadto poprawiają czynności skóry oraz trawienne. Apiina nie tylko zwiększa wydalanie moczu, ale jak większość związków flawonowych, uszczelnia naczynia krwionośne, wzmacnia je i nawet w dużych dawkach nie jest toksyczna. A przy tym jeszcze obniża napięcie mięśni żołądka i jelit.
Apiol nie jest tak niewinny. W większych dawkach może powodować zawroty głowy, utratę zmysłu równowagi i wiele innych złych skutków.
W owocach pietruszki również znajdują się te składniki, a między innymi mirystycyna, której w korzeniach jest o wiele mniej. I ona to właśnie działa jako silny środek pobudzający miesiączkowanie, a w większej ilości, np. w olejku z nasion, może spowodować poronienia. Medycyna ludowa nic nie wiedząc o chemicznym składzie korzenia i nasion, wiedziała, że można je używać do rozmaitych celów.
Obecnie fitoterapia poleca odwar z korzeni (1/2 łyżki na szklankę wody) albo z owoców pietruszki (5—10 g na szklankę wody), jako środek moczopędny. Ponadto odwar z korzeni można podawać chorym na wzdęcia, zaburzenia trawienne, na apetyt, przy obrzękach, piasku moczowym, chorobach pęcherza, niektórych schorzeniach nerek, wątroby, śledziony itp.
A wniosek praktyczny dla kuchni? Nie wyrzucajmy nigdy pietruszki, która Została z wygotowania włoszczyzny. Wprawdzie jej największe „skarby” zostały w wywarze, ale i ona jest coś warta. Trzeba ją zjeść jak marchewkę albo dodać do sałatki.

Rzeżuchowa łączka

Zimą najbardziej chyba godną polecenia zieleniną jest rzeżucha. Nasion- ka jej moczy się najpierw w wodzie przez 1—2 dni, a potem rozsmarowuje na ligninie zwilżonej i rozłożonej np. na płaskiej tacy (można i na doniczce, by przypominała „babkę wielkanocną”, ale wtedy jest mniej wygodna przy ścinaniu). Gdy łączka zaczyna się zielenić, ścinamy codziennie ok. 1 łyżkę naci na osobę i podajemy do potraw czy chleba. Rzeżucha jest moczopędna. Niektóre osoby reagują na tę właściwość bardzo silnie, tak że trzeba dozować ją indywidualnie. I — nie przesadzać! Nadużycie (ponad 3—5 łyżek) może nawet w krańcowych przypadkach doprowadzić do zapalenia pęcherza i krwawego moczu. Niemniej roślina ta — według niemieckich lekarzy — jest: „jedynym lekarstwem zapobiegającym katarowi, jeśli taki istnieje”. Są osoby, które od wczesnej jesieni do późnej wiosny codziennie jadają po troszku rzeżuchy (3 razy dziennie po łyżeczce) i rzeczywiście są jakby uodpornione na zaziębienia, katary, kaszle, grypy.
Przypomnijmy jeszcze, że rzeżucha należy do tych rzadkich produktów, które zawierają jod. To jego obecność oraz związków siarki powodują przykry zapach kiełkujących nasion, który zresztą mija. Zielona łączka „nie pachnie”. Ale właśnie z powodu jodu, bardzo łatwo przyswajalnego, rzeżuchę poleca się „tarczycowym”. Powinni ją jadać także chorzy na cukrzycę, bo ta maleńka roślinka zawiera nieco chromu.
Przeciw kaszlowi zalecał rzeżuchę z miodem już Hipokrates, a dziś w tym samym celu proponuje się ją palaczom. Paryskie elegantki uważają, że jedzenie rzeżuchy doskonale wpływa na cerę, a wcieranie w skórę głowy soku z jej zielonych listków — na porost włosów (siarka!). Kuchnia francuska lansuje nawet rzeżuchową zupę.
W ostatnich dziesiątkach lat rzeżucha tak się stała modna na świecie, że w każdej „kolekcji” kanapek w barze czy w restauracji znajdą się również i te z rzeżuchą. Można też nabywać wyhodowane na plastykowych tackach zielone łączki. A w wielu ogrodach południowej Europy widać całe grządki rzeżuchy, tym razem ogrodowej, o dużej masie zieleni i żółto kwitnących kwiatkach. Rzeżucha należy do rodziny roślin krzyżowych — tak jak wszystkie kapustne.

A jednak kapusta — nie dla wszystkich

Już wspominałam, że nie każda wątroba i nie każdy żołądek trawi kapustę. Jest ona bowiem dość ciężko strawna. Dlatego też nieraz „wątrobiarze” lepiej znoszą kapustę kiszoną lub gotowaną od surowej.
Ale — jak większość roślin z rodziny krzyżowych — tak i kapusta ma własności wolotwórcze i nie jest wskazana dla osób z niedomaganiami tarczycy. Wprawdzie nie działa tak silnie, jak np. brukiew, niemniej wystarczy, by niektórzy „tarczycowi” gorzej się po jej zjedzeniu poczuli. We Francji wytypowano nawet okolice, gdzie ludność jada bardzo dużo kapustnych (stanowią one tam niemal podstawę odżywiania) i gdzie choroby tarczycy występują wprost nagminnie. Więc „tarczycowi” nie powinni nadużywać kapusty w żadnej postaci — ani jako pożywienia, ani jako „leku”.

Rodzina kapustnych

Edward Hyams rozpoczyna rozdział pł. „Kapusta i królowie”*), pięknie mówiąc o ludziach, którzy hodowali warzywa, „…przecież pospolite warzywa, które spożywamy codziennie, są w równej mierze dziełem umysłu ludzkiego, jak na przykład rzeźba lub malowidło. Ich twórcy, którzy przekształcili rośliny ze stanu dzikiego, zwykłe chwasty w uprawne odmiany zaangażowali w to swoją inteligencję i inwencję twórczą, podobnie jak artysta w tworzenie dzieła sztuki”. I dalej: „Człowiek, który przekształcił chwasty w pokarmy miłe naszemu podniebieniu i żywiące nasze ciało, nie zyskuje uznania podobnego artystom, gdyż opieramy się na. prastarej zasadzie, że duch jest godniejszy od ciała. Jest to zadziwiające, bo chociaż nie samym chlebem człowiek żyje, to jednak nie mógłby żyć bez chleba”. I jeszcze dalej …„staramy się poznać historię królów, a nie interesuje nas kim byli przodkowie kapusty, jak rozszerzała swoje panowanie szlachetna i królewska rodzina kapustnych”.
Dziki przodek kapusty (Brassica oleracea) pochodził z Europy, znad wybrzeży Morza Śródziemnego, szczególnie z Anatolii, gdzie do dziś można znaleźć wiele jej dzikich form. Już Grecy ją znali, a Teofrast (372— 287 p.n.e.) wymienia 3 odmiany. W pierwszych dziesiątkach lat naszej ery Pliniusz Starszy wymienia 6 odmian kapusty uprawianej w Italii. W XVIII w. znanych jest w Europie dwadzieścia, a w XIX w. — trzydzieści odmian kapusty. Starożytne bliskowschodnie cywilizacje nie znały kapusty zupełnie. Najprawdopodobniej została udomowiona jakieś ok. 1 tys. lał p.n.e., i to pewnie przez Celtów, albo też Celtowie przyjęli kapustę od Liguryj- czyków. Ciekawe, że brukselka, kalafiory i brokuły są mutantami kapuścianego rodu.

W sprawie leczenia rzodkwią

Grecy używali rzodkwi, jako lekarstwa. Rzymianie rozprzestrzenili jej uprawę po całym imperium, czyli aż do dzisiejszej Anglii i dalej. Już wtedy była stosowana w chorobach płuc i przeciw kaszlowi. W Grecji Dioskurides twierdził, że „polepsza wzrok i wpływa regulująco na sprawy kobiece”, w Rzymie Pliniusz polecał ją, jako lek przeciw krwiopluciu, a średniowieczna św. Hildegarda stwierdzała, że „oczyszcza mózg i daje jasność myślenia”. W tym też czasie i do dziś sok z rzodkwi cieszy się w medycynie ludowej wielkim powodzeniem, jako lek przeciwko chorobom woreczka żółciowego i wątroby.
Właśnie te wierzenia ludowe znalazły potwierdzenie w pracach i badaniach klinicznych K. Eimera i H. Henricha, przeprowadzanych w 1935 r. w Niemczech. Sondowali oni dwunastnicę i mogli ustalić wzmożoną produkcję żółci po dostarczeniu organizmowi soku z rzodkwi. Leczyli więc tym środkiem różne choroby wątroby z dobrym skutkiem. Okazało się, że trzeba podawać 150 ml tego soku dziennie, jako najkorzystniejszą dawkę.
W 2 lata później zajął się rzodkwią W. Golder i nie tylko potwierdził jej żółciopędne działanie, ale i… wierzenia starożytnych, gdyż dowiódł korzystnego działania soku z tego warzywa na system oddechowy. Przy chronicznym bronchicie uzyskiwał całkowite wyleczenie. Potem odkryto, że tenże sok świetnie działa przy leczeniu odwodnienia organizmu, przy chorobach serca, reumatyzmie stawów, złośliwej anemii. A obecnie w Polsce wciąż niesłabnącym powodzeniem cieszy się Raphaholin. Mgr Zofia Benedycka w swoim artykule w „Wiadomościach Zielarskich” (nr 4 1976), skąd też pochodzi część danych, tak pisze na zakończenie: „Jeśli nawet nie jest ona (rzodkiew) cudownym lekiem na nasze choroby^ to jednak powinna znaleźć większe zastosowanie w naszych jadłospisach i stać się przynajmniej tak powszechnym warzywem jak rzodkiewka”.

Bogactwa rzodkwi

Każdy, kto ucierał na tarce obraną z czarnej skórki białą w środku rzodkiew wie, jak ostry i przykry wydziela zapach. Te jej lotne substancje to silnie działające bakteriobójcze fitoncydy, ale i towarzyszące im gazy. Rzodkiew jest bardzo zasobna w siarkę. Ma jej 400 mg% (chrzan 248—500 mg%), brukselka (165 do 500 mg%), a suszone ziarno soczewicy nawet aż 700 mg%; rzeżucha ma tyle samo siarki co rzodkiew. Siarka na pewno pomaga cebulkom włosowym, jeśli wykazują jej braki. Ale wpływa również korzystnie na wątrobę. Kto nie zetknął się z Raphacholinem? Rzodkiew zwie się po łacinie Raphanus safvus, i stąd taka właśnie nazwa żółciopędnego leku, produkowanego na bazie soku z rzodkwi.
A co jeszcze, poza siarką, jest w rzodkwi? Mnóstwo potasu, bo aż 487 do 900 mg%, niewiele sodu, bo tylko ok. 40 mg%, dużo wapnia (80 mg%), trochę magnezu (ok. 15,1 do 100 mg%), mało fosforu (80 mg%) i sporo chloru (100 mg%). Witamin w rzodkwi nie ma wiele. Jest trochę
witaminy A (120 j.m.) i C (10 mg%).
Rzodkiew jest wyraźnie zasadotwórcza ( + 5). 100 g dostarcza 40 kcal (167 kj). Są też w niej zawarte różne mikroelementy, ale niedostatecznie jeszcze zbadane. Wspomnijmy o jednym. Rzodkiew należy do nie najuboższych źródeł manganu (2—10 mg/ kg), który ponoć też sprzyja włosom, ich urodzie i zapobiega siwieniu. Ale jest potrzebny nie tylko włosom, jego sole zwiększają aktywność wielu enzymów. Odgrywa też dużą rolę w przemianie węglowodanów oraz tłuszczów zwierzęcych. Przy okazji warto dodać, że najwięcej manganu rpa herbata, bo 150 do 900 mg/ kg, a także żurawiny (od 40 do 200 mg/ kg) oraz pieprz (65 mg/ kg). Człowiek potrzebuje tego pierwiastka bardzo niewiele, choć nie może się bez niego obejść. Także drób przy niedoborze manganu choruje na poważne zniekształcenia kości nóg i skrzydeł, uniemożliwiające poruszanie się (choroba, zwana perosis lub slippet tendon), a konie cierpią na niedokrwistość.
Nadmiar manganu jest też szkodliwy, choć w praktyce raczej rzadko się z nim stykamy. A niedobór bardzo łatwo uregulować, jadając odpowiednie produkty w mangan zasobne. O żurawiny wprawdzie coraz trudniej, ale o herbatę — nie, a rzodkiew wchodzi w modę na całym świecie, więc i u nas warto ją spopularyzować