Kategoria: Zdrowe jedzenie

Chrzan pospolity

Łacińska nazwa tej rośliny brzmi Armoracia lapałhifolia lub Cochlearia armoracia. Należy ona do.rodziny krzyżowych, jak m. in. wszystkie kapustne. Pochodzi z południowowschodniej Europy i zachodniej Azji. Zawędrowała nawet do Grenlandii, gdzie pięknie kwitnie. A tam przecież — ze względu na surowy klimat — rośnie zaledwie ok. 40 gatunków roślin. Chrzan był uprawiany już w XI w.; pierwsze wzmianki o nim» znajdujemy w księgach św. Hildegardy z XII w. U nas — za Jagiellonów podawano chrzan również na stoły czeladzi.
Nic dziwnego zresztą, że chrzan tak wytrwale podbijał świat, gdyż jego korzenie są „niezniszczalne”. Wie o tym każdy, kto próbował zlikwidować plantację. Otóż korzenie potrafią sięgać w głąb gleby nawet do 4 m. Tworzą też pąki przybyszowe, z których wyrastają nowe rośliny. Czy w naszym, czy w grenlandzkim klimacie chrzan nie potrzebuje „owocować”, wytwarzać nasienia itd., bo wystarczająco intensywnie potrafi rozmnażać się wegetatywnie.
Lubi gleby żyzne (mady, lessy itp.), choć może rosnąć i na gorszych. Ale gdy ziemia jest zbyt ciężka — korzeń staje się łykowaty i piekący, a na~zbyt lekkiej — nie jest ostry i może nie osiągnąć znormalizowanych w handlu wymiarów. Korzeń jednoroczny powinien mieć grubość ok. 2,5 cm, a długość od 25 cm wzwyż. Korzenie 2—3 letnie są mniej smaczne i bardziej zdrewniałe. Z 1 ha dobrej ziemi można uzyskać 50 tys. i więcej sztuk korzeni chrzanu wyborowego. Roślina ta ma jeszcze inne wymagania. Nie chce rosnąć w pełnym słońcu, woli półcień. Musi mieć dość wody w glebie i lubi, gdy jest wilgoć w powietrzu. Stąd najlepiej udaje się nad morzem. Gdy brak jej wody w glebie, nawet przez krótki okres, korzenie się rozgałęziają i drewnieją. Nikt nie chce wówczas kupować takiego chrzanu „do chrzanu”. Ale znów, gdy jest zbyt mokro — na korzeniach tworzą się ciemne plamy, a potem w tych miejscach zaczyna się gnicie. Z sadzonkami, jeśli się chce naprawdę racjonalnie zaprowadzić plantację — też nie jest sprawa prosta. Ale warto się potrudzić. Uprawa chrzanu jest opłacalna. Konsument poszukuje pięknych dorodnych korzeni, które są niezastąpioną i bardzo cenną przyprawą.

Cebulowe łzy

Kto nie płakał nad cebulą? A przecież wcale nie jest to konieczne. Wystarczy obierać ją nad gazem lub rozgrzaną płytą kuchenną, pod kranem czy przy otwartym oknie. Woda spłucze olejki eteryczne, w podwyższonej temperaturze ulotnią się, a przeciąg i wiatr je rozwieje. Po obraniu, jeśli trzeba cebulę pokrajać — przetnijmy ją najpierw na połówki. Odwracamy następnie przeciętą stroną na plastykową lub szklaną płytkę i dopiero teraz krajemy nożem przy otwartym oknie lub blisko rozgrzanej kuchni.
Można też obraną cebulę przeciąć w poprzek na pół i trzymając w ręku odcinać kosteczki wprost na rozgrzaną patelnię z tłuszczem. Jeśli to wszystko robimy nad ogniem, napewno łez nie będzie.
Cebula musi być świeża! Obrana i posiekana lub tylko przecięta po pewnym czasie utlenienia się i może być nawet toksyczna. Tylko świeża, tuż po rozdrobnieniu ,,idzie nam na zdrowie”.

Co jest w „pestkach”?

Nasiona dyń można zaliczyć do oleistych, bo zawierają średnio 37,5% oleju. Poza tym mają 0,73% składników mineralnych, m. in. dużo fosforu, żelaza, wapnia, cynku i wiele innych makro- i mikroelementów. Zawierają też 1,1% błonnika, stosunkowo bardzo dużo białka (więcej od nasion słonecznika) i niemal komplet witamin, a także lecytynę, cukry, enzymy, fitynę itd. Ponadto jeden z ich składników — dotychczas nie zbadany — działa zabójczo na tasiemce i glisty ludzkie. Jedni twierdzą, że to żywice, inni, że to zawartość 0,12% alkoholu zlokalizowanego w skórce kiełka.
Lecznicze właściwości pestek
W medycynie ludowej Indian „od zawsze” wiedziano, że nasionami dyni można usunąć glisty czy tasiemce z przewodu pokarmowego tak dzieci, jak i dorosłych. Przy tym już kilka świeżych nasion dyni brazylijskiej niszczy pasożyty szybko i skutecznie. Ale im zimniejszy klimat, tym więcej nasion potrzeba, aby uzyskać ich lecznicze działanie. Np. we Francji potrzebne są dawki 40—60 g, a w Polsce 150—250 g, zależnie od odmiany. Podkreśla się przy tym, że nasiona dyni nie muszą być ograniczane, gdyż nie można tego leku przedawkować. Ale powinny być świeże, a nie wysuszone. Jada się je na czczo w 2 porcjach co 30 min. Po 2—3 godz. (bez jedzenia) trzeba przyjąć 30 g oleju rycynowego; dla dzieci — 30—100 g pestek i odpowiednio mniej rycyny. Kurację taką warto dla pewności powtórzyć po 2—3 dniach. Dzieciom można podawać nasiona utarte z miodem lub cukrem i z mlekiem do popijania. Nasiona trzeba albo dobrze gryźć, albo jeść utłuczone w moździerzu (jak radziły nasze prababcie), albo po prostu zmielone lub zmiksowane. Można też nasiona dyni podkiełkowywać (jak słonecznika), aby uzyskać dodatkowe wartości (m. in. wzrost zawartości witaminy E). Niektóre źródła podają przypadki wyleczenia nasionami dyni zapalenia gruczołu krokowego, tzw. prostaty. Wiadomo przecież, że cynk zapobiega i leczy to schorzenie, a dynia jest w cynk bogata. Oto opis takiego przypadku. W 1967 r. lekarz stwierdził u pacjenta powiększenie gruczołu krokowego, lekki stan zapalny, zaczerwienienie, ból przy oddawaniu moczu itp. Pacjent, za radą znajomego żywieniowca, zaczął aplikować sobie nasiona dyni, których zresztą nigdy dotąd nie jadał. Sam się zdziwił, że czuje się coraz lepiej. Gdy jednak po kilkunastu latach żadne objawy choroby się nie pojawiały, uwierzył wreszcie w wyleczenie i to niczym innym, jak „pestkami” dyni.

Krem neutrogena ze słoneczników

Najpierw przygotować nasiona do podkiełkowania, czyli obrać delikatnie (nie uszkodzić kiełka), włożyć na stylonowe sitko i jego dno lekko zanurzyć w wodzie (np. w szklance). Zmieniać wodę 2—3 razy dziennie (używać nieprzegotowanej). A po 24 godz., gdy nasionka napęcznieją, „narosną” i podkiełkują, tzn. będą miękkie, „pękate” z maleńkim sterczącym kiełkiem, wrzucamy je (ok. szklanka) do młynkomiksera, dodajemy pół szklanki wody i miksujemy 20 sek. Potem dodajemy znów pół szklanki wody i powtórnie miksujemy. Powinien powstać gęsty krem, który należy oziębić w lodówce. Można tuż przed podaniem jeszcze raz go zmiksować. Ten odżywczy przysmak można przechowywać w lodówce do tygodnia. Używa się go niczym majonezu do sałatek i surówek, do wędlin i serów. Można go przyprawić, np. pomidorami (zmiksować), czosnkiem, cebulą itp. Aby ten krem stał się jeszcze bardziej pożywny i „odmładzający”, miksuje się go nie z wodą, ale z „winkiem” powstałym z lekko sfermentowanych ziarn pszenicy. Najlepiej, by to ziarno było młode, dojrzałe, ale nie suche. Na wsi o takie lałem nietrudno. Nasypuje się je do butelki, zalewa wodą z dodatkiem kilku rodzynków i trzyma w cieple. Po sfermentowaniu wodę się scedza i z nią miksuje obrane pestki słonecznika.

„Pestki” — bardzo bogate

Cóż więc jest w słonecznikach tak cennego? Nasiona zawierają aż 24% białka z cennymi aminokwasami. Na ogół białku pochodzącemu z innych roślin brak 2, 3 i więcej aminokwasów lub mają ich zbył małe ilości. Słoneczniki mają za mało jedynie lizyny. ,
Zawartość oleju w nasionach jest różna, bo zależy nie tylko od odmiany, ale i warunków środowiska. Cały owoc dostarcza 20—38% oleju, ale gdy odrzucić łupinę, wówczas na nasienie przypada od 50 do nawet 55% oleju. Im dalej na południe (do pewnej granicy, bo słonecznik nie lubi zbyt gorącego klimatu) — tym więcej tłuszczu. Słońce jest szczodre. Np. pod Moskwą stwierdzono w nasionach 43%, a pod Charkowem 55% oleju. W miarę posuwania się na północ wartość spożywcza oleju obniża się, ale wartość techniczna — wzrasta.
Popiół łodyg słonecznika odznacza się bardzo dużą zawartością potasu (nawet do 35%), co nieraz jest wykorzystywane dla celów przemysłowych (wyrób potażu). Kołchozy Kraju Krasnodarskiego dostarczają takiego popiołu.

Płatki owsiane

Z owsa można produkować kaszę owsianą całą i łamaną, ale najbardziej popularnym przetworem z jego ziarn są płatki owsiane zwykłe (otrzymy­wane z obłuszczonego ziarna) i wyborowe, zwane też „górskimi”, pro­dukowane z kaszy łamanej.
Co jest cennego w płatkach?
100 g surowych płatków dostarcza 390 kcal (1632 kj), ale po ugotowaniu — tylko 60 kcal. Płatki są lekkie, więc 10-dekagramowa porcja to dużo. Ponadto w surowych jest ok. 12 g białka, a w gotowanych (zawsze w 100 g) — 2,8 g białka. Tłuszczu w surowych jest 7,2 g, a w goto­wanych — ok. 0,5 g. Surowe mają 10, najwyżej 12% wody, a gotowa­ne — ok. 85%. Surowe nie mają soli, a sodu tylko ok. 4 mg, za to aż 350 mg potasu, 54 mg wapnia (gotowane — 11), 129 mg magnezu (go­towane niemal nic), 3,9 mg żelaza (gotowane — 0,6), 0,5 mg miedzi (w gotowanych brak), 5 mg manganu (w gotowanych brak), 410 mg tlen­ków siarki (w gotowanych brak), 433 mg tlenków fosforu (w gotowanych — 130). Gotowane płatki nie zawierają praktycznie witamin, a surowe mają 0,462 mg witaminy B, i 0,151 mg B, 0,87 mg witaminy PP i aż 2 mg witaminy E (w gotowanych brak). I jeszcze błonnik — tak dziś wysoko ceniony! W surowych płatkach w 100 g występuje on w ilości 1,9 g, a w gotowanych — tylko 0,2 g.
Trzeba jeszcze dodać, że płatki zawierają spore ilości (ponad 30 mg%)) cennego cynku” mg% to bardzo rozpowszechniony skrót, określający zawartość mg jakiegoś składnika w 100 g produktu.
O który wcale nie tak łatwo w produktach (mają go 2 razy więcej, niż jabłka i gruszki). Z innych mikroelementów można znaleźć w surowych płatkach m. in.: molibden, krzem, bor, jod i kobalt, dzięki czemu (po owsie, wiadomo) konie mają tak piękną, lśniącą sierść, a tny — włosy.
Jak wszystko, tak i owies ma swoje wady. Otóż jest kwasotwórczy (—10). Zawiera bowiem sporo kwasu szczawiowego. A ten kwas z łatwością wiąże się w naszym organizmie z wapniem na nierozpuszczalne szczawiany wapnia, które albo są wydalane, albo — bywa — osadzają się w stawach i „klują” lub wywołują bóle żołądka. Wprawdzie tego kwasu w owsiance nie ma wiele (w gotowanej w ogóle brak), a poza tym nie każdy organizm jest tak podatny na gromadzenie szczawianów wapnia. Jest zresztą rada: równocześnie z owsianką trzeba pić mleko. Dostarcza ono dość wapnia, aby zwrócić to, co „ukradł” kwas szczawiowy
Zawartość kwasu szczawiowego w produktach oznacza się w procentach. Np. najbogatsze w ten składnik są suszone figi (1,2%), szczaw (2,70°/ oo). szpinak (2,90“/oo) i rabarbar (3,20“/oo)- Przyjęto również oznaczanie ogólnej kwasowości

Magnez w kaszce

Prawdę mówiąc, nie jest łatwo znaleźć wśród surowców spożywczych te, które obfitowałyby w magnez. Owszem, do najbogatszych należą: kakao, mak, bukwa, soja — ale czy my te produkty tak często jadamy? Kakao (20%) zawiera 442,2 mg magnezu w 100 g. Po nim wymienione — coraz mniej, a następną na tej liście jest kasza gryczana i to prażona, bo zawiera w 100 g 218 mg magnezu; nieprażona, np. krakowska, już tylko 78, czyli i tak sporo, w porównaniu z innymi surowcami spożywczymi. Więcej, bo ponad 100 mg w 100 g produktu, mają: groch, fasola, orzechy, czekolada, kiełki, otręby i in.; 100 g chleba razowego dostarcza od 20 do 80 mg magnezu.
A magnez — przypomnijmy — ratuje nas przed wieloma dolegliwościami. Jeśli czujemy drganie powieki, szczególnie lewej, jeśli wypadają nam włosy, łamią się paznokcie, psuje nam zęby próchnica — mogą to być objawy niedoboru tego pierwiastka. Do dalszych objawów zaliczamy: mrowienie nóg, kurcze, drętwienie kończyn, szybkie męczenie się, trudności w skoncentrowaniu uwagi, nagłe zawroty głowy i utrata równowagi, wrażliwość na pogodę, arytmia, bezsenność lub koszmarne sny (bez przejedzenia).

Otręby — skarbem żywieniowym

Innym „skarbem” otrzymywanym przy mieleniu ziarna zbóż są otręby. Doceniono je w pełni nie tak dawno (1960—1970 r.), gdy zbadano dokład­nie ich wartość i działanie. Stały się odtąd nie tylko lekarstwem, ale także lekiem pomocniczym i profilaktycznym przeciw tzw. schorzeniom cywili­zacji (choroba wieńcowa, dolegliwości jelit, cukrzyca, otyłość, żylaki, kamica żółciowa, nowotwory i wiele innych). Można rzec, że stały się modne.

Jak działają otręby na nasz organizm?

Dzięki nim w naszym przewodzie pokarmowym rozwija się flora bakteryjna, która nie tylko sprzyja powstawaniu niektórych koniecznych dla zdrowia witamin, ale stwarza warunki utrudniające powstawanie nowotwo­rów przewodu pokarmowego.
Błonnik otrąb powoduje, że szybciej usuwamy z organizmu produkty przemiany materii, stolec ma odpowiednią konsystencję i wobec tego nie cierpimy na zaparcia lub rozwolnienia. Dzięki „uregulowanemu żołądkowi”, kał wraz z niestrawionymi resztkami jest wydalany szybciej (ok. 2 razy) i nie zalega w kiszkach. To znów chroni przed rakami jelit i odbytnicy, przed uchyłkami i polipami jelit, przed hemoroidami itp.
Ponieważ otręby „rozmiękczają” masę jedzeniową w żołądku i je­litach,. nie ‚musimy obmiatać się wrzodów żołądka i dwunastnicy, a potencjalne czynniki rakotwórcze (kancerogenne) są jak gdyby „zablokowane” i ich kontakt z wewnętrznymi ściankami jest żaden lub nikły.
Hipotez na temat działania błonnika jest wiele. Ale pewne jest, że wpływa on korzystnie na zdrowie. Nie tylko chroni przed nowotworami oraz wieloma chorobami i dolegliwościami przewodu pokarmowego, ale także usuwając nadmiar cholesterolu — ratuje od sklerozy i schorzeń serca. Broni organizm przed kamieniami w woreczku żółciowym, a nieraz i w nerkach, przed cukrzycą i innymi chorobami spowodowanymi złą przemianą materii.
Otręby „odchudzają”! Wypełniają żołądek, a nie tuczą. Dają uczucie sytości, a nie powodują osadzania się tłuszczyku na biodrach. Afrykanie z Ugandy, ze szczepu Bantu, odżywiający się wysokokaloryczni (3000 kcal dziennie) pokarmami bogatszymi wielokrotnie w błonnik w porównaniu z żywnością ludności cywilizowanej, nie tyją i są szczuplejsi od tych z nas, którzy pragną schudnąć i jadają np. po 2 200 kcal dzien­nie (przeciętne spożycie energii w Polsce wynosi ok. 3100 kcal — 12 970 MJ). Przy tym wystarczy spożywać dziennie 3 płaskie łyżeczki otrąb, by już odczuć ich działanie profilaktyczne czy lecznicze.
Poleca się głównie otręby pszenne. Oczywiście można by łykać je jak lekarstwo, ale — nie trzeba. Można uprażyć i zmiksować w młynkomikserze, a potem używać do posypywania chleba z masłem, zup, sosów, dań mięsnych i jarzynowych, sałatek itp. Prażone, zmielone otręby przesypuje się np. do pojemniczka szklanego po przyprawie „Jarzynka”, który ma porywaczkę z dużymi otworami i w ten sposób używa otrąb jak przypra­wy do nieomal każdego dania. Można otręby dodawać do wypieków (maksimum 1/4 ilości mąki w przepisie, ale wystarcza już parę łyżek), które nabierają wówczas lepszego smaku, jak po dodaniu mielonych orze­chów. Ale te ciasta, które mają mniej jaj lub tłuszczu — bardziej się kruszą. Można otręby dodawać do mleka, napojów owocowo-mlecznych, kotletów siekanych, do farszów tak słodkich, jak mięsnych czy warzywnych. Ważne jest tylko to, aby jadać je codziennie. Traktować nie jak lekarstwo, ale normalną żywność. A więc, gdy dokucza nam zaparcie lub biegunka, nie znaczy to, że natychmiast wyleczymy je otrębami. Wpływ ich zaczyna się dopiero w 24 godz. po spożyciu, gdyż działają niejako mechanicznie. Nasiąkają wodą, wypełniają żołądek i kiszki, dzięki czemu powstaje miękki, luźny kał, łatwo wydalany.
Centralne Laboratorium Technologii, Przetwórstwa i Przechowalnictwa Zbóż próbowało opracować recepturę specjalnych otrąb dietetycznych. Okazało się bowiem po przebadaniu 22 próbek, że otręby produkowane w młynach są tak zakażone mikrobiologicznie, że nie nadają się do bezpośredniej konsumpcji. Ogólna ilość bakterii w 1 g wynosiła od 5 000 do 1 610 000. Przy tym miano Coli badanych prób było z reguły dodatnie w 0,01 g. Grzyby ) występowały w zróżnicowanej liczbie od 10—430 tys. w 1 g. Okazało się też, że w toku normalnej produkcji przemysłowej nie można uzyskać otrąb o wymaganej przez polskie normy czystości sanitarnej.
Wobec tego Centralne Laboratorium opracowało metodę uzyskiwania otrąb pszennych, zdatnych do spożycia. Polega ona praktycznie na tym,
że otręby ogrzewa się przez co najmniej 15 min. w temperaturze ok. 90°t. W domu można to zrobić na patelni (np. teflonowej) tak, jak kiedyś „paliło się” w domu kawę. Powinny mieć złoto żółtawy kolor, więc ogrzewając, trzeba je mieszać. Po takim zabiegu zyskują na smaku, barwie i za­pachu. A przede wszystkim stają się czyste mikrobiologiczne. (Ogólna liczba bakterii spada do najwyżej 100 000 w 1 g, a grzybów — do naj­wyżej 300 w 1 g; miano Coli w 0,1 g jest ujemne).Aby nie tyć, warto jadać otręby przed jedzeniem. Najlepiej nie słodzone, bo zawierają m. in. antyrakowy selen, który rozkłada się w obec­ności cukru. Jeśli chcemy, by nam „odchudzająco” wypełniły żołądek, dały ‘’poczucie sytości, nie tucząc .— zjadamy po 1—2 łyżeczki przed posiłkiem 3 razy dziennie, czyli w sumie 6 łyżeczek otrąb (zawierają 2 g błonnika). Więcej nie trzeba. Błonnika dostarczajmy też organizmowi w innych produktach, przede wszystkim w chlebie razowym, w gruboziarnistych kaszach itd. Jeśli chcemy wyleczyć żołądek z częstych zaparć czy biegunek — zjadajmy również po 6 łyżeczek dziennie otrąb przez 2 tygodnie. A potem, gdy mamy już uregulowane trawienie, jedzmy otręby według własnego rozeznania i rozsądku. Profilaktycznie, np. zmniejszając porcje do 2 ły­żeczek dziennie. Ale nie rezygnujmy z innych źródeł błonnika! Pamiętajmy o razowym chlebie w. naszej diecie.Angielski chirurg, Mister Neil Stamford Painter) leczył w londyńskim szpitalu tysiące pacjentów otrębami, twierdząc, że gdyby nie one, musiałby bardzo wielu operować. Nawiasem dodajmy, że stara angielska tradycja na­kazuje, aby chirurgów tytułować: „Mister”, bo tytuł: „Doktorze” byłby dowodem niegrzeczności lub nieznajomości obyczajów. Więc Mister Painter pfsze w swojej książce nie tylko o tym, jak leczył pacjentów otrębami, ale dowodzi także, że ludzie po 60 roku życia w krajach uprzemysłowionych chorują bardzo często na przeróżne zaburzenia przewodu pokarmowego. Według statystyki, jedna osoba na trzy w tej grupie wieku cierpi na którąś z takich dolegliwości czy chorób. Przy tym komplikacje ze stanami za­palnymi zdarzają się u 10%, a z tego też 10% przychodzi leczyć się ope­racyjnie. Wszystkie te choroby są skutkiem nieprawidłowego odżywiania. Otręby w dużej mierze mogą im zapobiec. Podobnie jak mogą też za­pobiec wielu innym chorobom cywilizacyjnym.

Żelazo i węglik krzemu w pieczywie

>W Stanach Zjednoczonych — wiadomo — króluje chleb biały, jak wata. W czasie II wojny światowej podczas mobilizacji w 1941 r. zwrócono uwagę, że obywatele mają początki anemii, bo krew ich zawiera zbył małą liczbę krwinek. Wobec tego w trzydziestu stanach wprowadzono wzbogacenie chleba w żelazo*”).W latach 1968—1970 przebadano rezultaty tego trwającego już 30 lat doświadczenia i co stwierdzono? Oficjalnie uznano, że „całe to wzboga­canie to farsa”. Było bardzo kosztowne, a w rezultacie nic rjie dało. Dlaczego? Dlatego, że nasz organizm prawie nie przyswaja tego „doda­nego” żelaza ani z chleba, ani z makaronu, klusek, ciast iłp. Ludzie wciąż mieli go za mało.Pierwsze objawy niedoboru żelaza to łatwość popadania w zmęczenie lub irytację, bóle głowy, a także drętwienie i mrowienie, np. w rękach. Może też występować nagłe bicie serca, puchnięcie kostek nóg, sucha i cienka skóra, czasem łamanie się paznokci, utrata ich połysku, bladość powiek i warg, niezdrowy połysk i czerwoność języka. Ile żelaza nam potrzeba dziennie? 10 mg dla dorosłych mężczyzn, a ok. 18 mg dla kobiet (wg polskich norm). Ale w wypadku anemii le­karz może nam zapisać i razy więcej, np. jako kurację -tygodniową. Naturalnie, że są leki dostarczające żelaza, ale są i organizmy tak oporne, że nie chcą tego składnika przyswajać. A właśnie — oprócz produktów zwierzęcych — najłatwiej przyswajalne żelazo pochodzi z ziarna, np. z mąki razowej. Przyswajalność ta wzmaga się dodątkowo i potrafi wzrastać 2—3 krotnie, jeśli źródło żelaza łączy się w pożywieniu ze źródłem witaminy C. Czyli… jedząc „czarny” chleb, np. z jajem czy wędliną, zwie­lokrotniajmy dodatek zieleniny: natki, szczypiorku, rzeżuchy, koperku itp. Każdy może się u nas zaopatrywać w różne rodzaje pieczywa wypieka­nego z mąki razowej, mąki mieszanej z kilku zbóż lub z różnych jego odmian, np. Graham, Błonvit, chleb Litewski, Pumpernikiel, chrupki i wiele innych. 

Najzdrowszy chleb świata

W latach trzydziestych naszego wieku do szwedzkiej prowincji Dale­karken przyjechał dr Karol Rosę, aby w tej biednej wówczas okolicy zbadać stan zdrowia ludności. Jakież było jego zdumienie, gdy zauważył; że wszyscy — młodzi i starzy mieszkańcy — mają piękne, zdrowe uzę­bienie. A wiedział, że jadają tu bardzo niewiele warzyw, owoców i mleka, przy czym woda jest miękka, a więc pozbawiona wapnia. Co więc stano­wiło główne pożywienie mieszkańców Dalekarken? Po prostu to, co my nazywalibyśmy suchary lub podpłomyki, a co u nich uchodziło za chleb i nazywało się „Knackebrót”.
Knackebrót produkowano z całego ziarna, prażonego w temperaturze 100°C, a następnie mielonego. Z takiej mąki zarabiało się ciasto z wodą i piekło cieniutkie placuszki, które Szwedki nabijały na patyki i jeszcze dosuszały. Dr Rosę poddał ten chleb badaniom naukowym, a ich wyniki słały się rewelacją na skalę światową. Knackebrót miał wszystkie „skarby” ziarna: witaminy, sole mineralne (m. in. wapń), białko, a także błonnik. Był smaczny, łatwo strawny, nie powodował wzdęć, uśmierzał fermentacje. Powoli ten chleb i jego produkcję udoskonalono. Powstały specjalne ciągi piekarnicze (i u nas są takie we Wrocławiu), opracowywano mieszanki róż­nych odmian żyta i pszenicy. Dziś Knackebrót można spotkać nieomal w ca­łym świecie, od Nowego Jorku do Moskwy i od Paryża do Wrocławia. Oficjalnie został uznany za „najzdrowszy chleb świata”.
A co się stało z mieszkańcami Dalekarken? Po 6 latach od pierwszej wizyty dr Rosę pojechał tam znów. I cóż stwierdził? Oto wszystkie,
W latach trzydziestych naszego wieku do szwedzkiej prowincji Dale­karken przyjechał dr Karol Rosę, aby w tej biednej wówczas okolicy zbadać stan zdrowia ludności. Jakież było jego zdumienie, gdy zauważył; że wszyscy — młodzi i starzy mieszkańcy — mają piękne, zdrowe uzę­bienie. A wiedział, że jadają tu bardzo niewiele warzyw, owoców i mleka, przy czym woda jest miękka, a więc pozbawiona wapnia. Co więc stano­wiło główne pożywienie mieszkańców Dalekarken? Po prostu to, co my nazywalibyśmy suchary lub podpłomyki, a co u nich uchodziło za chleb i nazywało się „Knackebrót”.
Knackebrót produkowano z całego ziarna, prażonego w temperaturze 100°C, a następnie mielonego. Z takiej mąki zarabiało się ciasto z wodą i piekło cieniutkie placuszki, które Szwedki nabijały na patyki i jeszcze dosuszały. Dr Rosę poddał ten chleb badaniom naukowym, a ich wyniki słały się rewelacją na skalę światową. Knackebrót miał wszystkie „skarby” ziarna: witaminy, sole mineralne (m. in. wapń), białko, a także błonnik. Był smaczny, łatwo strawny, nie powodował wzdęć, uśmierzał fermentacje. Powoli ten chleb i jego produkcję udoskonalono. Powstały specjalne ciągi piekarnicze (i u nas są takie we Wrocławiu), opracowywano mieszanki róż­nych odmian żyta i pszenicy. Dziś Knackebrót można spotkać nieomal w ca­łym świecie, od Nowego Jorku do Moskwy i od Paryża do Wrocławia. Oficjalnie został uznany za „najzdrowszy chleb świata”.
A co się stało z mieszkańcami Dalekarken? Po 6 latach od pierwszej wizyty dr Rosę pojechał tam znów. I cóż stwierdził? Oto wszystkie, dosłownie wszystkie, badane przez niego dzieci w wieku 12—14 lat miały już próchnicę. Ale w wiosce nie wypiekano już knackebrółów. Bo i po co? Powstała przecież piekarnia parowa, która codziennie dostarczała świeże, rumiane bułeczki i chleb z mąki białej, jak śnieg. A ludność dalej jadała za mało owoców, warzyw i mleka.
U nas mamy jak dotąd — niestety, tylko knackebróty żytnie, ładnie paczkowane, o nazwie „chleb chrupki”. W Szwecji produkuje się kilka­naście rodzajów knackebrółów z różnych kombinacji mąki. Podobnie zresztą w wielu innych krajach.
Kaloryczność jednej kromki chleba chrupkiego i innych gatunków pieczywa prawie się nie różni”). W chlebie chrupkim brak tylko wody, która przecież nie dostarcza kalorii.